O psie, który zgubił swojego pana – ,,Mam na imię Jutro” – recenzja książki

Okładka wygląda tak, jakby była to powieść fantastyczna, z domieszką smoków, wróżek i latających statków. Treść okazała się jednak zupełnie inna. Poznajcie historię tak prawdziwą i tak niesamowitą, że aż zaprzeczającą logice.

Urzekająca opowieść o odwadze, poświęceniu i magicznej więzi łączącej człowieka i jego najwierniejszego towarzysza.

 

O książce

Damian Dibben wylał swoje myśli na niemal 400 stronach. Wydruk tym jakże pokomplikowanym myślom zapewniło wydawnictwo Albatros. Wersję polską zawdzięczamy Januszowi Ochabowi, a przepiękną okładkę stworzył Justin Garner. W wersji oryginalnej ,,Mam na imię Jutro” to ,,Tomorrow”.

 

Rzecz się dzieje w roku 1815 w Wenecji. Pod zalewaną deszczem katedrą niestrudzenie czuwa pewien pies, oczekując swego pana. Od ich ostatniego spotkania minęły lata, wiele lat, znacznie więcej, niż pies może przeżyć. Wykorzystując nagły zwrot wydarzeń, czworonóg rusza na poszukiwanie zagubionego właściciela. Nie jest jednak sam – w długiej podróży towarzyszą mu zarówno najlepszy przyjaciel, jak i znienawidzony wróg. Wkrótce przekonuje się, że ludzie mogą znacznie więcej, niż jest to do pojęcia dla psa, a wiele tajemnic tego świata z niecierpliwością czeka na odkrycie.

 

 

Przeciekawe perypetie przeciekawego psa

,,Nie oceniaj książki po odkładce”. Ja złamałam ten fundamentalny zakaz i z marszu stwierdziłam, że jest to historia fantastyczna, z domieszką smoków, wróżek i latających statków. Treść jednak zupełnie zniweczyła moje pierwsze wrażenie.

 

Jest to książka paradoksalna. Poważna, a jednocześnie zabawna. Skomplikowana i prosta. Nierealistyczna, lecz analogicznie tak bardzo prawdziwa. Raz buja się w chmurach, raz twardo stąpa po ziemi. Połączenie czegoś tak bardzo ludzkiego z czymś tak bardzo magicznym…

 

Fabuła jest zawiła. Bardzo zawiła. Przez pierwsze kilka stron trudno ogarnąć cokolwiek, ale z każdym słowem wiemy coraz więcej. Po przeczytaniu kilku ostatnich linijek nareszcie czytelnik może w pełni zrozumieć, co wydarzyło się na początku. Dopiero po czasie odkrywamy nowe fakty, poznajemy prawdziwy charakter i intencje bohaterów oraz dowiadujemy się rzeczy, które wydawać by się mogły najoczywistszymi pod słońcem. 

Historia opowiedziana w tej książce jest bardzo zbita. Wątki ciągną się przez całą powieść. Trudno je w ogóle zliczyć – jest tu każdy wątek, jaki może być zawarty – miłość, śmierć, przyjaźń, rodzina.

 

Nie ma sensu spalać się z powodu przeszłości.
Nie warto bać się kłopotów, które mogą nadejść.
Nie ma powodu, by bać się ich dzisiaj.

 

Kategorycznie zabraniam oceniania tej książki, nie doczytawszy jej do końca (jeżeli w ogóle da się ją przerwać, bo fabuła wciąga). Dopiero po przeczesaniu wzrokiem ostatniego słowa pojmujemy wszystko, co zostało tam napisane. Dopiero wtedy zaczynamy żałować, że to już koniec książki, że więcej nie spotkamy bohaterów z ,,Mam na imię Jutro”.

 

 

Autor, niesamowicie umiejętnie dobierając słowa, zmusza nas do samorefleksji. Zapewniam, że jeżeli ktoś nie filozofuje zbyt często, to dzień, w którym skończył czytać tę książkę stanie się dniem, w którym zacznie myśleć nad własnym życiem. Polecam zapisać w kalendarzu.

 

Przyznam, że jeszcze nie spotkałam się z tym typem opisywania więzi między człowiekiem a psem. Właściciel traktuje psa jednocześnie jak towarzysza oraz brata, istotę ludzką oraz psią. Obaj są samotni, ale samotni razem. Przeczesują świat w poszukiwaniu szczęścia, które jednak może nigdy nie nadejść, a które być może mają tuż pod nosem.

 

Tytułowy psi bohater już od początku objawia swoją rozbudowaną psychikę i tok myślenia. Zaryzykuję fakt, że są one bardziej rozwinięte u niego, niż u wielu ludzi w rzeczywistym świecie. Dibben dodaje czworonogowi mnóstwo ludzkich cech, o których nie możemy powiedzieć, że mają je tylko ludzie, ale jednocześnie nie możemy zaprzeczyć, że psy ich nie posiadają.

 

Po przeczytaniu będziecie bardziej nafaszerowani emocjami niż kurczak w fast foodzie chemikaliami. Mimo że przeczytałam już mnóstwo książek, żadna jeszcze nie wywarła na mnie czegoś takiego, jak ta. Trudno nawet to opisać.

 

 

Jest jeszcze jeden ciekawy fakt, mianowicie – tej książki się nie zapomina. Po prostu. Choćbyś stawał na głowie, próbując wyprzeć pochłonięte z powieści informacje, nie dałbyś rady. W pamięć zapada każda litera, każde słowo, każdy fakt – czy to moment zmieniający bieg wydarzeń, czy to jakaś z pozoru nieistotna pierdoła. Mimo iż z biegiem czasu wydawać by się mogło, że fabuła powoli ulatuje, gdy ktoś zapyta o cokolwiek z tej książki, będzie się w stanie wyjąć jakąś informację z głębi pamięci i na to pytanie odpowiedzieć. Testowane (nie tylko na mnie).

 

Jutro jest zawsze lepsze.

 

Co myślę o ,,Mam na imię Jutro”?

Ostatnio doszłam do wniosku, że wszystkie napisane przeze mnie recenzje książek wychwalają je pod niebiosa, ale niemal nie podają ich wad. Stwierdziłam, że muszę być ostrzejsza w swoich rozważaniach i obiecałam sobie, że po następnej zrecenzowanej powieści ostro pojadę.

Niestety, akurat napatoczył się ,,Mam na imię Jutro”. I mimo, że usilnie próbuję znaleźć wadę w tej książce już od kilku tygodni… no nie da się.

 

Damianie Dibbenie, oskarżam cię o zamoczenie futra Fluffy’ego przez moje łzy!

I to by było na tyle.

 

Naprawdę. Nie mogę doszukać się niczego złego w tej książce, bo to, co z początku wydaje się być wadą, po głębszym namyśle staje się jednak zaletą. Nie narzekam nawet na poziom komplikacji fabuły, bo to jest to, co nadaje temu dziełu uroku!

 

Czy polecam ,,Mam na imię Jutro”? Tak. Bardzo, z całego serca. Chyba że ktoś jest przesadnie wrażliwy, lepiej niech nie czyta tej książki, bo to grozi rozłamowi emocjonalnemu.

Komentarze

  1. Monika Kilijańska Odpowiedz

    Może to być naprawdę ciekawa lektura. I tak jak Ty mnie okładka też raczej wprowadziłaby w maliny – rzeczywiście można się po niej spodziewać albo fantasy, albo lektury dla nastolatka.

  2. kaasilka Odpowiedz

    W moje rączki ta książka jeszcze nie wpadła, ale tak jak napisałaś, gdybym spojrzała tylko na okładkę, zapewne książka ta nigdy nie wylądowałaby w moim koszyku, a jednak przyjrzę się jej bliżej jeśli tylko ją spotkam

  3. Zołza z kitką Odpowiedz

    Bardzo lubię książki o psach – sama jestem psiarą z krwi i kości 😉 W 100% przypadków takie książki powodują, ze na którymś etapie ryczę jak bóbr – ale chyba dlatego między innymi po nie sięgam…;)

  4. Okiem Blondynki by McBlondi Odpowiedz

    Okładka jest po prostu genialna i niesamowicie przyciąga wzrok, kusząc do sięgnięcia po tę książkę. A po przeczytaniu Twojej recenzji już wiem, że na pewno po nią sięgnę, więc zapisuję tytuł na moją listę 🙂

  5. Koralina Odpowiedz

    nie lubię takich książek, za bardzo mnie wzruszają, Ciebie widzę zresztą też 😉 Chociaż nie można odmówić im magii opisu przyjaźni człowieka i psa.

  6. Weronika Ska Odpowiedz

    Książka wydaje się być naprawdę genialna! A piesek mega słodki. Ja mam osobiście też psa, jest on własnie mieszany. książkę polecę mojemu bratu.

  7. Kasia Odpowiedz

    Moze to byc ciekawa książką, a szczególnie dla fanów psiaków. Rzeczywiście 400 stron to jest co czytać, ale widzę , że trzeba się skupić, bo fabuła dość zawiła.

  8. Moja lepsza wersja Odpowiedz

    Masz rację sama okładka książki została doskonale zaprojektowana. Można ją kupić wzrokiem i spodziewać się zupełnie innej treści. Aczkolwiek ja akurat należę do tych emocjonalnych istot więc zastanowię się czy przeczytać tę książkę.

  9. Zapowiedz Odpowiedz

    Wow! Poczułam jakiś dziwny przymus, aby to przeczytać. To niesamowite jak dopełniają nas zwierzęta. Dzięki nim, nasza samotność staje się taka jakaś inna, weselsza. Dokladnie tak jak piszesz. Te dwie samotności, ludzka i zwerzęca bardzo się łączą. Cudo. I akurat okladka jak dla mnie na plus. 💪

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.