Nasze historie… ze spacerów #1

O naszych spacerach można by pisać doktoraty. Wraz z Fluffkiem uwielbiamy chodzić, łazić i biegać, więc spacerów na koncie mamy mnóstwo. A jak każdy zapalony spaceromaniak wie, że na każdej przechadzce się coś dzieje – czasem mniej, czasem bardziej interesującego. Dziś przychodzimy z trzema z naszych najlepszych i najśmieszniejszych historii, jakie wydarzyły się podczas naszych spacerów. Będzie brudno, będzie strasznie, będzie zabawnie. A ten artykuł to zaledwie czubek góry lodowej, bo jest tego do opisania wiele, wiele więcej!

 

1. Mały ciałem, wielki duchem (i na odwrót)

Pewnego razu podczas popołudniowej przechadzki natknęliśmy się na drugą właścicielkę i jej doga – a jak wiadomo, to nie są psy małych gabarytów. Ten osobnik akurat był całkiem spory, jakieś 4 razy większy of Fluffiego. Zwykle mój szanowny pupil obszczekuje większe od siebie psy, więc byłam przygotowana na rozpoczęcie salwy szczeków. Jednak zamiast tego zdarzyło się coś, czego wcześniej nie napotkaliśmy, mianowicie – drugi pies zaczął bardzo agresywnie szczekać i warczeć na mą białą kulę. To znaczy, zdarzały się przypadki, kiedy jakiś pies warczał na Fluffa, ale ten dog po prostu bardzo chciał konfrontacji.

 

Fluffy o dziwo, zamiast uciec, odpowiedział tym samym. I to jeszcze głośniej. Przyznam, że w życiu nie słyszałam od niego tak niskiego i donośnego warku, jaki wtedy wydał. I wtedy zdarzyło się to. Drugi pies po prostu ucichł. Wielki dog po obszczekaniu przez maltańczyka po prostu ucichł, popatrzył jeszcze przez chwilę na szczerzącego zęby Fluffa i wreszcie poszedł wraz z próbującą go uwcześnie uspokoić właścicielką, której mina wyrażała, że była tak samo zdumiona jak ja.

 

Żeby nie było – znam możliwości Fluffa dotyczące siły i nacisku jego szczęki. Ale generalnie inni ludzie, widząc małego, słodkiego, białego pieska, nie przeczuwają, co może się kryć pod małymi, ale jakże cholernie ostrymi ząbkami. A Fluffy rzadko ukazuje moc swego uzębienia publicznie.

 

2. Kąpiel błotna

Zima, czasy, kiedy jeszcze padał śnieg (czyli coś koło roku temu). Pewnego poranka poczułam nagłą inspirację do tego, aby dzień zacząć spacerem do lasu, zapięłam więc Fluffa i wyszliśmy. Kto ma psa nie-podwórkowego ten wie, że zima+pies+spacer=kąpiel, więc nie oczekiwałam powrotu z nienagannie czystym zwierzakiem, zwłaszcza po spacerze w lesie.

 

Las był cały pokryty białym puchem, co wyglądało dość uroczo. Ponadto akurat dokładnie poprzedniej nocy padał śnieg, więc byliśmy pierwszymi, którzy przecierali śnieżne szlaki. Zmieniłam Fluffkowi krótką smycz na linkę i rozpoczęliśmy wędrówkę, rozkoszując się zapachem mokrej kory i wilgotnego lasu. Właściwie ja się nimi rozkoszowałam, bo Chmur wolał obwąchiwać każdą napotkaną po drodze kupkę pokrytą drobnym puszkiem oraz inne, bardzo interesujące psa wonie. W pewnym momencie mój pupil wyczuł coś nader intrygującego i, jak to miał w zwyczaju, zaczął się w tym tarzać. Okazało się jednak, że zapach ten leżał na cienkiej jak kartka warstwie śniegu, która przykrywała ogromne, brudne, mokre błoto. I zanim zdążyłam zareagować, Fluff był już od łap do głów brązowy niczym opalony york. Stwierdziwszy, że błotna pokrywa zalegająca na jego sierści jest zbyt gruba, postanowił otrzepać się dokładnie w chwili, kiedy dobiegłam, by zainterweniować. Po chwili oboje wracaliśmy do domu wyglądając jak istna paleta brązowych odcieni – Fluffy ewidentnie będąc bardzo z siebie zadowolonym, ja odrobinę mniej.

 

3. Pół-przerażające pół-ciemności

Wieczorne spacery bywają całkiem sympatyczne. Zwykle ograniczamy się w nich do kilku, kilkunastu minut, ale tego dnia akurat zaszaleliśmy. Przez cały dzień z Fluffem nie robiliśmy żadnych aktywności, więc stwierdziliśmy, że wyżyjemy się pod koniec dnia i nasz spacer mianowaliśmy dłuższym. Podczas drogi powrotnej, gdzieś na jedną z mniejszych uliczek po której szliśmy w pewnym momencie wjechał samochód. Nic nadzwyczajnego – samochody jeżdżą przecież po ulicach. Ten akurat był tak wyjątkowy, że zamiast przejechać obok, zatrzymał się jakieś 10 metrów przed nami i tak stał, bez wyłączenia świateł czy silnika. Los akurat sprawił, że wcześniej widziałam pewien dość przerażający thriller, więc intencje, których próbowałam się doszukać w tym nietypowym zachowaniu były… no cóż. Stanęłam na chwilę, gdy Fluffy poszedł wąchać jakiś krzaczek i wykorzystałam chwilę, aby przyjrzeć się pojazdowi i kierowcy. Było to auto dość średnich rozmiarów, jednak miało całkiem mocne lampy przednie i nie widziałam, kto siedzi za kierownicą.

 

Fluffy chyba wyczuł mój niepokój, bo zaczął nerwowo się rozglądać, ale nie zobaczywszy zagrożenia zaczął iść do przodu. Poszłam za nim. Chodnik był dość wąski, a przejście na drugą stronę drogi wydawało mi się w tamtej chwili głupie. 8 metrów. Ok, przesadzam, nic się nie dzieje. 6 metrów. Matko święta. 4 metry. Serce podeszło mi do gardła. 2 metry. Fluffy, obroń nas, boże, boże. W końcu doszliśmy do auta i postanowiłam przejść obok w szybszym tempie, jak najbardziej podchodząc pod krzaki i drzewa na trawniku obok.

 

I… nic się nie stało. Auto tam stało z powłączanym wszystkim nawet, kiedy przechodziliśmy na zakręcie kilkadziesiąt metrów dalej. Nie wiem, kto to był – czy mieszkaniec jednego z domów, czy też jakaś losowa osoba. Patrząc z perspektywy czasu myślę teraz, że jednak mogłam przejść na tą drugą stronę ulicy, albo zawrócić, albo zrobić cokolwiek innego. W gruncie rzeczy instynktownie ufałam Fluffowemu przeczuciu, bo on bardzo dobrze wyczuwa wszelkie niepokojące sytuacje, więc w tamtej chwili w głębi ducha wiedziałam, że nic się nie dzieje.

 

 

A wy mieliście jakieś ciekawe przygody podczas spacerów? Podzielcie się nimi!

Komentarze

  1. Tenebris Odpowiedz

    Opowieści ze spacerów z psami mogą się okazać niezłym hitem. Mnie zaskoczył kiedyś mój pies (kundel wielkości owczarka, może ciut mniejszy). Na spacerze podbiegł do jakiegoś pieńka, żeby go obwąchać. Znudzona spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam, że na pieńku stał kot. Byłam pewna, że zaraz będę tego kota wyciągać psu z zębów (czysta nienawiść do obcych kotów), a ten się z nim powąchał i poszedł dalej. Do tej pory jestem w szoku.

  2. kaasilka Odpowiedz

    No niestety, porozumiewania się naszych zwierząt my ludzie nie rozumiemy. Ja miałam york shire teriera, on również też z tych małych ciałem ale wielkich duchem 🙂 No w końcu z rodziny terrierów

  3. Zołza z kitką Odpowiedz

    Pierwszy z naszych labradorów, Max, miał przyjaciela – Tofika. Tofik był yorkiem. Gdy się spotykali, Tofik przeważnie “atakował” inne psy, Max z kolei – ratował Tofika 😀
    Tamta przyjaźń trwała do samej śmierci naszego psa 🙂

  4. Samara Odpowiedz

    Ja z moją psiną miałam dużo ciekawych historii ze spacerów, ale to już niestety dawne czasy. U Ciebie widzę, że też ciekawie i masz co opowiadać 🙂

  5. Okiem Blondynki by McBlondi Odpowiedz

    Chciałoby się powiedzieć, że Twój pupil jest mały ciałem, acz wielki duchem 😀 Szacun za obszczekanie 4 razy większego od siebie psa 😉 No a kąpiele błotne, mają podobno cudowną moc 😉

  6. Weronika Ska Odpowiedz

    Naprawdę fajne opowieści masz z swoim psem. Mój to istny wariat, raz jak zobaczył wiewiórkę to zaczął za nią latać i skakać za nią bo biedna się wystraszyła 30 razy większego psa. A on biedny nie wiedział czemu hah.

  7. Kasia Odpowiedz

    My jakiś wiekszych przygód nie mamy, ale mój psiak obszczekuje każdego psa i nawet każdą osobę, którą mija więc zawsze miliony razy muszę go prosić o spokój. Taki mały, a tak się rzuca 🙂

  8. Weronika Odpowiedz

    Większość naszych ciekawszych sytuacji na spacerach ma niestety związek z upierdliwymi ludźmi, którym wszystko przeszkadza, albo wszystko wiedzą najlepiej, albo nie pilnują swoich psów – to chyba takie standardy psiarza 🙂

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie!

  9. Anonim Odpowiedz

    Charakterny ten Twój Fluffy 🙂 Ja mam dwa duuuże kundelki i raczej idąc z nimi na spacer to inni przechodzą na drugą stronę 😉 Za jakiś czas chcemy z mężem bullmastiffa, wtedy to dopiero będzie 😀

  10. Pozycje Obowiązkowe Odpowiedz

    Haha 🙂 Świetny pomysł na bloga i na wpis 🙂 A pies przesłodki! Zazdroszczę Wam, że macie siebie, ja całe życie miałam psa, ale teraz mieszkam z mężem uczuleniowcem i tęsknię za sierściuchami 🙁

  11. Marta Odpowiedz

    Ja mam berneńczyka, może gabarytowo inny kaliber, ale doprowadzenie go do porządku po spacerze to horror! Łatwiej wpakować do wanny maltańczyka 😀

  12. Moja lepsza wersja Odpowiedz

    Fajne są takie opowieści. To tak samo jak w życiu wszystkie małe czy duże wydarzenia generują wspaniałe wspomnienia na przyszłość. Uwielbiam zwierzaki. Z nimi nie sposób się nudzić czy być smutnym.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.